Felietony


W czyjej ziemi padnie polski rolnik?

20/02/2013

„Zachwiał się Boryna, otworzył ręce jak w czasie podniesienia – Panie Boże zapłać! – odrzekł i runął na twarz”. A wtedy „zatrzęsły się drzewa samotne, deszcz poschniętych liści zaszumiał po kłosach, zakołysały się zboża i trawy, a z rozdygotanych pól podniósł się cichy, trwożny, jękliwy głos.” – Tak przyroda żegnała swego sprzęgniętego z nią siewcę. Po uroczystym pogrzebie, w którym wzięła udział cała wieś,  nastąpiły  kłótnie o to, co i  komu po zmarłym gospodarzu przypaść powinno. W tych sporach przyroda już nie uczestniczyła. 

Dzisiejszy spór w Polsce o ziemię przypomina ostatni akt pośmiertnego żywota Boryny – właśnie ową kłótnię o podział , która powinna zakończyć się  w 2016 roku ,kiedy to przestanie obowiązywać  memorandum zabraniające zakupu ziemi przez cudzoziemców bez zgody MSW. Do tego czasu Agencja Nieruchomości Rolnych, zawiadująca gruntami przejętymi głównie po byłych PGR-ach, stara się ich sprzedać jak najwięcej. I sprzedaje, bijąc rekordy kwot odprowadzanych z tego tytułu do budżetu państwa. W roku ubiegłym było to 1,9 mld złotych, w tym zaś twórcy ustawy budżetowej nieco pofolgowali zakładając, że będzie to kwota 1,7 mld złotych. 

Bez zgody MSW można sprzedać ziemię orną wyłącznie obywatelom polski  posiadającym uprawnienia rolnicze oraz spółkom o przewadze kapitału polskiego. I tak się robi. Sęk w tym, że dalej już nikt nie monitoruje co ze sprzedaną ziemią dzieje się, bo ani ustawa, ani rozporządzenia do niej na nikogo nie nakładają takiego obowiązku. 

Ten brak monitoringu nie dotyczy zresztą tylko obszaru działań ANR .Daje o sobie znać również w przypadku innych urzędów odpowiedzialnych za proces prywatyzacji pozostałych gałęzi polskiej gospodarki, z wiadomym ministerstwem na czele. Urzędnicy zadowalają się korzystnymi z ich punktu widzenia zapisami umów prywatyzacyjnych i dalej już nie śledzą, jak te umowy są realizowane, bo nie mają takiego obowiązku. Za błędy w prywatyzacji, za to, że nabywca zamyka dobrze prosperujący zakład, płacą wyłącznie zatrudnieni w nim ludzie, idąc na przysłowiowy, a w wielu wypadkach realny bruk. Kapitalista (dziś nosi on miana inwestora, nabywcy, właściciela itp.) zawsze może się wytłumaczyć, gdyby ktoś go pytał, ale z reguły nie pyta, że chciał dobrze, zamierzając dotrzymać wszystkich zapisów umowy prywatyzacyjnej, ale – niestety – nie mógł, bo zmieniła się koniunktura na rynku. Natomiast urzędnik podpisujący akt prywatyzacji w ogóle nie musi się tłumaczyć, bo w jego mniemaniu dobrze przysłużył się państwu. Wszak dzięki jego aktywności do budżetu wpłynęły realne kwoty. Tak będzie dopóty, dopóki w naszym kraju będzie obowiązywał fiskalny model prywatyzacji, a nie taki, który prywatyzowanym zakładom pozwalałby na przeżycie i rozwój. 

Tej nigdy nie zdefiniowanej lecz wszędobylskiej fiskalnej praktyce, skutecznie „sugerowanej” na wewnętrznych naradach, musi również ulegać  prezes Agencji Nieruchomości Rolnych, bo inaczej by go nie było.  W myśl tej praktyki  jest  oceniany wyłącznie za to co on i jego dyrektorzy oddziałów dostarczą do budżetu. Czyni się z nich zwykłych sprzedawców na arabskim suk, a nie gospodarzami powierzonych ich pieczy zasobów ziemskich. Są dodatkiem do prawa, którego przestrzegają  tylko formalnie( ale nikt niczego innego od nich nie wymaga),  podobnie jak i powoływane przez nich komisje przetargowe. Byłoby jaśniej i wyraziściej gdyby odpowiednio zaprogramowali komputer, posadzili przy nim ziewającego gostka, który ożywiałby się dopiero na widok walizki z pieniędzmi na zakup nieruchomości rolnych.  Nieważne, kto tę walizkę dzierżył by w rękach. Ważne, by kasa się zgadzała, komputer zdołał ją przeliczyć, a wybudzony z drzemki gostek  dopilnował , aby pod transakcją znalazł się jego elektroniczny podpis. 

Okres przejściowy, utrudniający wraz z wejściem Polski do UE obcokrajowcom nabywanie polskiej ziemi, miał również służyć uporządkowaniu stosunków agrarnych w Polsce. Tak się jednak nie stało. W prawdzie w Ustawie Zasadniczej RP, regulującej ogół stosunków w państwie, znalazł się również zapis o gospodarstwie rodzinnym jako podstawie ustroju rolnego, ale nikt tym zapisem specjalnie nie przejmował się. Nie było chętnych do zdefiniowania owego wpisanego do Konstytucji  „tworu” i wyciągnięcia z tej definicji  konsekwencji dla w Polsce tylko uznawanej za archaiczną praktykę rodzimej, nie sprzecznej z unijnymi dyrektywami polityki rolnej. Owszem, takie próby podejmowano, ale tylko na użytek zbliżających się kolejnych wyborów parlamentarnych. Gdy legitymacje zaświadczające o mandatach poselskich czy senatorskich znalazły się już w kieszeniach  marynarek, o wszystkim zapominano. Dlatego też  mówiąc dziś o gospodarstwach rodzinnych, o ich powiększeniu, tak naprawdę nie bardzo wiemy o czym mówimy. Natomiast oferując rolnikom preferencyjne kredyty na powiększenie gospodarstw nie dopowiadamy, że dla tych najbardziej przedsiębiorczych, czyli m.in.tych, którzy  - wbrew bojaźni wsi do zadłużania się -  z takich kredytów w przeszłości skorzystali –  teraz są one dla nich niedostępne. A bez takiego kredytu rolnik może dokupić hektar lub dwa i to od sąsiada, a nie od Agencji. Naprawdę rząd bardzo dużo oferuje rozbudzając nadzieje, których spełnić nie może.  

Na trzy lata przed wygaśnięciem memorandum nie tylko nie wiemy, do kogo trafiła ziemia sprzedawana przez Agencję, ale też nie bardzo wiemy, co zrobić z tą, która jest jeszcze w jej zasobach. Skoro przez osiem lat nie kontrowaliśmy tego procesu, to przez trzy lata tego nie nadrobimy. I nic tu nie pomogą społeczni przedstawiciele w komisjach przetargowych. Oni też mogą mieć swoje interesy lub interesiki. Żaden człowiek nie zastąpi dobrego prawa i wynikających z niego dobrych praktyk. Skoro tych dobrych praktyk nie wypracowaliśmy w okresie przejściowym, to już nie wypracujemy. Możemy tylko posiłkować się tworzonymi ad hoc, zmieniającymi się wraz ze zmianą na ministerialnych stołkach rozporządzeniami, czyli typowym przeskakiwaniem z kwiatka na kwiatek. Nie wróży to dobrze. 

Otuchą nie napawają też buńczuczne wypowiedzi niektórych panów „ z poślej łączki” – tych, którzy projektują ustawę o ochronie polskiej ziemi przed jej wykupem przez Niemców (Żydów i cyklistów taktownie pomijają) po okresie ochronnym. W publicznych wypowiedziach zapowiadają „non possumus”. Przywołują przy tym prawo francuskie i niemieckie, które – choć zgodne z unijnym prawodawstwem -   to jednak praktycznie ponoć uniemożliwia obcokrajowcom nabywanie ziem w tych państwach. I takie prawo zamierzają w Polsce stworzyć. Apogeum tych wysiłków zbiegnie się zapewne z terminem wyborów parlamentarnych w roku 2015, a więc w momencie wygaśnięcia  memorandum. Istotne pytanie: co takiego na polski grunt chcą przenieść z prawa francuskiego lub niemieckiego ? Czym tamtejsze rozwiązania w zakresie zakupu ziemi przez cudzoziemców  różnią się od tych obowiązujących dziś w Polsce? Formalnie jednym . Tym mianowicie, że ziemię francuską czy niemiecką może nabyć każdy obcokrajowiec. U nas wymaga to zgody MSW. We Francji prezes SAFER – instytucji zajmującej się wykupem i sprzedażą ziemi rolniczej, rozlicza się przed rządowym mocodawcą z dobrego gospodarowania zasobami ziemskimi, przejmowania i doposażania podupadłych gospodarstw, a następnie ich sprzedawania lub najczęściej wydzierżawiania. Rozlicza się go z dobrego gospodarowania zasobami ziemskimi, a nie z ilości pieniędzy dostarczanych do budżetu. Z tej praktyki wypływa główna różnica mentalna sytuująca prezesa SAFER i prezesa ANR na odmiennych biegunach.  Ale z tej różnicy wynika też praktyka. Prezes EFSA jest gospodarzem powierzonych mu dóbr, a prezes ANR sprzedawcą zbędnego mienia. ANR ma raptem 20 mln złotych do dyspozycji na wykup gruntów  gdyby się okazało, że zostały one  zagospodarowane niezgodnie z przeznaczeniem. Ale w sytuacji, gdy ANR nie monitoruje procesu obiegu sprzedanej ziemi, to jest to kwota zbędna. Jedyne, co Agencja nadzoruje, a raczej jej księgowość, to terminowość czynszów od dzierżawców. Ale do tego celu prezes  nie jest niezbędny.  Wystarczy księgowa i komputer.  

Wszyscy trąbiący o wyprzedaży polskiej ziemi obcokrajowcom po roku 2016 mogliby, nie czekając na tę feralną datę, już dziś zadbać o to, aby prawo (dobre prawo!) działało nie tylko w chwili zjawienia się na przetargu facecika z reklamówką wypełnioną pieniędzmi, ale ciut przed i dużo lat po (czy to ma być 15, czy 20 lat – to kwestia do dyskusji). W prawie zarówno francuskim, jak i niemieckim, jest to uregulowane. Więcej: te regulacje poddawane są monitoringowi. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby pozorujący rządzenie Polską dobrodzieje, już dziś umożliwili prezesowi ANR karierę od pucybuta do faktycznego  zarządcy powierzonych mu dóbr, a wraz z nim kierowanej przez niego Agencji.  Tak jest przecież we Francji. Ale Francuzi o tym nie mówią. Podobnie Niemcy. My zaś trąbimy  przed światem całym. Wątpię, by z tej  fanfaronady zostało coś więcej  poza prawnym bublem. 

W przeszłości na ziemiach polskich osiedlały się i gospodarowały różne nacje, obejmując w posiadanie również ziemię uprawną. Ożywiali oni polską kulturę rolną poprzez dostarczanie nowych impulsów. Zagospodarowywali trudne tereny, z którymi tubylcy nie mogli sobie poradzić. Jeszcze i dziś w okolicach Warszawy, nad Wisłą, można odnaleźć rudymenty osadnictwa Holendrów, którzy królową polskich rzek skutecznie oswajali przed wylewami. Oni też są sprawcami wykwintu polskości – wierzby, której poszumem rozbrzmiewają mazurki  Szopena.  Jak przed wiekami polskiej ziemi starczyło dla wszystkich, tak i teraz nie powinno jej  zabraknąć  dla każdego, kto chce na niej uczciwie gospodarować, żywić z niej  swoją rodzinę, płacić podatki, a nie spekulować nią. Pod tym i innymi względami „pośla łączka” nie musi niczego nowego wymyślać. Wystarczy pobieżna lektura  ustawodawstwa francuskiego i niemieckiego, na które powołuje się w swym dziewictwie myśli. Nasze polskie prawo gospodarowania ziemią nie jest ani gorsze, ani lepsze od prawa niemieckiego czy francuskiego. Różnica jest tylko jedna: i Francuzi, i Niemcy swojego prawa i płynących z niego rozporządzeń przestrzegają. My zaś mamy z tym duże problemy. Oni poważnie podchodzą do swojego prawodawstwa, my zaś – w chwilach bezproduktywnego heroizmu - zastępujemy je pseudopatriotyczną  fanfaronadą. 

 

Jan Machynia

WSTECZ

 

 

CENY PALIW

NEWSLETTER

Chcesz być na bieżąco informowany o programach dotacyjnych, konkursach i istotnych wydarzeniach?
Zostaw nam swój e-mail:
FaceBook KulturaWsi.pl